W kalendarzu polskiej demokracji data 29 maja zapisze się złotymi zgłoskami, choć z pewnym gorzkim posmakiem. To właśnie tego dnia Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, po dziesięcioleciach politycznej niemocy, uprzedzeń i chowania głowy w piasek, przyjął wreszcie ustawę o statusie osoby najbliższej. Dla setek tysięcy par żyjących w związkach nieformalnych, a w szczególności dla społeczności LGBT+, to moment, w którym państwo w końcu dostrzegło ich istnienie. Jednak nad tym świętem godności zawisł cień człowieka, który jeszcze zanim przeczytał projekt, zapowiedział jego zniszczenie. Karol Nawrocki, mieniący się strażnikiem konstytucji, postanowił stanąć na drodze do elementarnego bezpieczeństwa obywateli.
Dwie dekady w poczekalni do godności
Zanim przejdziemy do tego, co zawiera nowa ustawa i dlaczego jest ona tak solą w oku konserwatywnej prawicy, musimy spojrzeć wstecz. Polskie społeczeństwo nie czekało na ten dzień od wczoraj. Ta walka trwa od 2003 roku, kiedy to profesor Maria Szyszkowska po raz pierwszy przedstawiła projekt o związkach partnerskich w Senacie. Od tego czasu minęły 22 lata – pokolenie Polaków zdążyło się zestarzeć, nie doczekawszy się uznania swoich związków przez własne państwo.
Przez polski parlament przetoczyło się co najmniej osiem głównych projektów ustaw. Swoje propozycje składały SLD, Ruch Palikota, Platforma Obywatelska, Nowoczesna i Lewica. Większość z nich kończyła marnie – w sejmowej „zamrażarce” lub była odrzucana w pierwszym czytaniu przy akompaniamencie homofobicznych żartów i pseudonaukowych wywodów. Polska stała się skansenem Europy, zajmując ostatnie miejsca w rankingach ILGA-Europe pod względem praw osób LGBT+. Dopiero wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Przybyszewska i inni przeciwko Polsce zmusił decydentów do refleksji, jasno wskazując, że brak uznania związków osób tej samej płci jest naruszeniem praw człowieka.
Plan minimum, czyli ustawa skrojona pod kompromis
Przyjęta 29 maja ustawa nie jest spełnieniem marzeń o pełnej równości małżeńskiej. To, co wypracowała koalicja rządząca, to typowy „plan minimum” – efekt trudnych negocjacji z konserwatywnym skrzydłem PSL. Projekt wprowadza status osoby najbliższej, który daje konkretne, praktyczne narzędzia do życia: prawo do dziedziczenia bez podatku, dostęp do dokumentacji medycznej w szpitalu, prawo do odmowy zeznań przeciwko partnerowi oraz prawo do pochówku. To są kwestie fundamentalne, które dla małżeństw są oczywistością, a dla par jednopłciowych były przez lata torem przeszkód pełnym upokorzeń.
„To nie jest ideologia, to jest życie. Setki tysięcy ludzi w Polsce czekało na ten dzień, by móc trzymać się za ręce w szpitalu nie tylko z miłości, ale i z mocy prawa” – mówiła z mównicy sejmowej Katarzyna Kotula, Minister ds. Równości.
Mimo tych postępów, aktywiści z organizacji takich jak „Miłość Nie Wyklucza” czy KPH słusznie zauważają, że ustawa jest jedynie protezą. Nie rozwiązuje ona kwestii wspólnej opieki nad dziećmi, które już teraz wychowują się w tęczowych rodzinach, ani nie daje pełnego bezpieczeństwa socjalnego. To krok w dobrą stronę, ale wciąż daleki od mety.
Ideologiczna ślepota Karola Nawrockiego
W tym miejscu dochodzimy do postaci Karola Nawrockiego, który swoją zapowiedzią weta udowodnił, że nie zamierza być prezydentem wszystkich Polaków. Argumentacja Nawrockiego o rzekomej niezgodności ustawy z artykułem 18 Konstytucji RP jest nie tylko prawniczo wątpliwa, ale przede wszystkim nieludzka. Twierdzenie, że status osoby najbliższej „podważa fundamenty cywilizacji”, brzmi jak ponury żart w obliczu realnych dramatów ludzi, którzy nie mogli pożegnać się z umierającym partnerem na OIOM-ie.
Postawa Nawrockiego zasługuje na najostrzejszą krytykę. To polityczny egoizm przebrany w szaty moralności. Blokując ustawę, która ułatwia życie dwóm milionom Polaków żyjących w związkach nieformalnych, prezydent-elekt wybiera ideologiczną wojenkę zamiast empatii. Jak celnie podsumował to premier Donald Tusk: „Pan Nawrocki pokazuje, że chce być prezydentem tylko części Polaków, a pozostałych traktuje jak obywateli drugiej kategorii”. To smutne, że w 2026 roku głowa państwa wciąż widzi w miłości i solidarności zagrożenie dla narodu.
Dlaczego weto to błąd?
Analizując sytuację, widać wyraźnie, że weto Nawrockiego nie zatrzyma zmian społecznych, a jedynie przedłuży cierpienie obywateli. Polacy są gotowi na te zmiany – poparcie dla związków partnerskich od lat oscyluje w granicach 60%. Nawrocki, zamykając się w swojej konserwatywnej wieży, staje się hamulcowym ewolucji, która jest nieunikniona. Polska nie może wiecznie ignorować standardów europejskich i wyroków trybunałów. Blokowanie „planu minimum” to nie jest obrona wartości, to zwykła złośliwość polityczna uderzająca w najsłabszych.
Podsumowanie
Przyjęcie ustawy o statusie osoby najbliższej to wielki sukces determinacji społeczeństwa obywatelskiego. To dowód na to, że kropla drąży skałę, nawet jeśli zajmuje to 22 lata. Jednak dopóki na szczytach władzy zasiadają ludzie pokroju Karola Nawrockiego, którzy przedkładają dogmaty nad ludzką godność, walka o pełną równość będzie trwała. Ustawa z 29 maja to dopiero początek, a zapowiedziane weto to jedynie ostatni, desperacki gest odchodzącego w niepamięć świata wykluczenia. Polska zasługuje na prezydenta, który podpisuje ustawy ułatwiające życie, a nie na takiego, który z radością je niszczy.

